kolarstwo

Największy dopingowy proceder w historii kolarstwa oczami głównego „porucznika” Lance’a Armstronga. Cz. 1

„Jak się czuje człowiek, który zażywa EPO? Wspaniale… Nie jesteś wyczerpany, czujesz się zdrowy, normalny, silny. Maleńkie pastylki działają jak fale radiowe – motywują nerki do wydajniejszej pracy, sprawiają, że produkują więcej czerwonych krwinek.  Cała reszta pozostaje bez zmian. Chodzi o to, że masz po prostu więcej paliwa – możesz pracować o wiele ciężej i dłużej. Granice twoich możliwości kruszeją, przekraczasz je zdecydowanie”.

Kolarz Jonathan Vaughters: „Jeżeli chcesz wiedzieć, jak wygląda prawdziwa jazda na rowerze, rozbierz się do naga, rozpędź samochodem do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę i wyskocz przez okno prosto w stos opiłków żelaza”.

Kolarstwo mniej więcej od połowy lat 90. było naprawdę dziwnym sportem. A nawet, jak określa to Daniel Coyle w książce „Wyścig tajemnic”, „zaskakująco rycerskim”. Bo mogłeś koksować się każdym niedozwolonym środkiem, jaki wymyślono, lecz zarazem musiałeś czekać na przeciwnika, gdy ten uległ wypadkowi podczas wyścigu.

Wspomniany wyżej tytuł wstrząsnął nie tylko kolarskim środowiskiem, stał się także przyczynkiem do zmian i podejścia w kwestii procedur oraz kontroli antydopingowych. Rozmówcą Coyla był Tyler Hamilton – jeden z najlepszych amerykańskich kolarzy na przełomie XX i XXI wieku oraz główny „porucznik” Lance Armstronga w jednym z najbardziej haniebnych dopingowych procederów , jakie widział świat.

Tyler Hamilton (do momentu przyłapania na przetaczaniu krwi, kilka tygodni po zdobyciu mistrzostwa olimpijskiego w Atenach 2004) był lubianą postacią w kolarskim peletonie. Uważano go za wzór cnót, za bohatera, którego obraz tworzyli w latach pięćdziesiątych dziennikarze sportowi: elokwentny, przystojny, uprzejmy i łamiący konwenanse ulubieniec tłumów. Jak podaje Coyle, „Hamilton nie był typowym gwiazdorem kolarstwa – siłaczem, który powoli, cierpliwie, krok po kroku zdobywa szczyt. Wyróżniała go etyka pracy, przyjazne usposobienie i – co najważniejsze – niezwykła zdolność znoszenia bólu”. Na jednym, z pierwszych etapów Giro d’Italia 2002 Amerykanin odniósł poważną kontuzję barku. Nie poddał się jednak, kończąc legendarny wyścig  na… drugim miejscu.

Przez czterdzieści osiem lat pracy nie widziałem drugiego człowieka, który do tego stopnia potrafiłby znosić ból

– mówił fizjoterapeuta Hamiltona, Ole Kare Foli.

Pierwszy kontrakt i siłacze łamiący prawa fizyki

Wcześniej, w 1995 roku Hamilton podpisał pierwszy zawodowy kontrakt z amerykańską grupą Postal. Jednak zetknięcie z europejskim peletonem było dość bolesne.

Za rywali mieliśmy ludzi cholernie silnych. Łamali zasady fizyki, robili rzeczy, których nigdy wcześniej nie widziałem, których nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić. Każdego z nich stać było na atak i samotną, kilkugodzinną jazdę w ucieczce. Każdy potrafił jeździć w górach z oszałamiającą prędkością. Wszyscy umieli utrzymać wysoką formę przez kilka dni z rzędu, nie znali pojęcia „spadek formy”

– relacjonuje Tyler.

Wśród nich prym wiódł Bjarne Riis. Urodzony w duńskim Herning kolarz do 27 roku życia osiągał przeciętne wyniki. Nagle jednak wskoczył na niebotyczny poziom, stając się czołowym „góralem” i jednym z pretendentów do wygrania najtrudniejszego wyścigu świata – Tour de France.

Hamilton przywołuje wspomnienie Duńczyka podczas jednego z morderczych etapów. Peleton jechał po piekielnie stromych podjazdach, Riis przemykał zaś obok nich, jadąc na wysokim biegu przerzutki. Każdy, kto choć raz jeździł rowerem wie, że najwyższe przełożenia używane są do jazdy po płaskim terenie, zaś najniższe – do jazdy pod górę. Kolarze kręcili pedałami w ludzkim tempie, dziewięćdziesiąt obrotów na minutę, a Duńczyk, bez oznak zmęczenia, wykonywał czterdzieści obrotów na minutę, na przerzutce dostosowanej do jazdy po płaskim.

Bjarne Riis (żółta koszulka) i Jan Ullrich – Tour de France 1996

Hamilton:

Patrzysz na Riisa, na dziesiątki jego sobowtórów tworzących peleton, i domyślasz się, co tak naprawdę się dzieje. Oczywiście byłem nowicjuszem, ale nie idiotą.

Kiedyś sterydy i amfetamina, teraz EPO

Jeden z najlepszych amerykańskich kolarzy przełomu lat 80. i 90, Andy Hampstein tak opisuje zmiany, jakie zaczęły zachodzić w kolarstwie:

W latach osiemdziesiątych, gdy zaczynałem karierę, kolarze również stosowali doping, ale nadal była szansa z nimi konkurować. Zażywali amfetaminę lub anaboliki – mocne środki, ale oprócz zysków przynoszące straty. Amfetamina ogłupiała, zawodnicy dostawali przez nią szalonych ataków, tracili energię. Z kolei anaboliki powodowały ociężałość, liczne kontuzje szczególnie na długich trasach, nie mówiąc już o strasznych wysypkach na skórze. Były skuteczne na krótkich i rozgrywających się w chłodnej aurze wyścigach, ale na morderczych etapach i w upale niszczyły organizm. EPO zmieniło wszystko.  Nagle wszystkie drużyny zaczęły jeździć furiacko, niezwykle szybko. W górach dawałem z siebie wszystko, produkowałem tak samo dużą moc jak kiedyś, ważyłem tyle samo co w najlepszych czasach, a obok goście z wielkimi dupami jechali na totalnym luzie, ucinali sobie pogawędki podczas jazdy.

Od 1980 do 1990 roku średnia prędkość na Tour de France wynosiła 37,5 km/h. Od 1995 do 2005 roku zwiększyła się do 41,6 km/h. Jeśli uwzględnić opór powietrza, siła kolarzy wzrosła o 22 procent.

Wydawało się, że triumf Riisa w TdF 1996 to koniec ery siłaczy. Gazety sportowe zaczęły prowadzić śledztwa w sprawie dopingu, francuskie L’Equipe publikowało wypowiedzi kolarzy, którzy wprost mówili, że nie są w stanie rywalizować bez stosowania EPO. Wydawało się, że UCI weźmie nieuczciwych sportowców „za mordy”, raz na zawsze odcinając łby dopingowej hydrze. Nic bardziej mylnego. UCI nie miała takich chęci ani woli walki jak Herakles w walce z mitologicznym stworem. „Oni wcale nie chcieli łapać takich kolarzy. Po co? Przecież kosztowałoby ich to dużo pieniędzy…” – przyznał z rozbrającą szczerościa Hamilton.

W peletonie funkcjonował zwrot „paniagua”. Czasami wyrażany w depresyjnym tonie:  „Skończyłbym ten wyścig wyżej, ale byłem jadącą paniaguą”. Innym razem używano go z dumą. „Dojechałem w pierwszej grupie, mimo że byłem paniaguą!” Co znaczy ten niepozorny wyraz? „Pan y agua” to z hiszpańskiego „chleb i woda”. Jazda w profesjonalnym peletonie bez chemicznych wspomagaczy była tak rzadka, że aż warta podkreślenia.

Przejście na ciemną stronę mocy czy wyrównanie szans?

Tyler Hamilton po doping sięgnął tysiąc dni od momentu podpisania zawodowego kontraktu:

Przychodzi moment, kiedy musisz podjąć decyzję – tak albo nie, zostajesz albo odchodzisz. Każdy miał tysiąc dni, każdy musiał zadecydować o swojej przyszłości. Tysiąc ranków kiedy wstajesz z wielkimi nadziejami na sukces i tysiąc wieczorów, kiedy leżysz pokonany i zdołowany. Tysiąc dni bycia „paniaguą”, walenia głową w mur, pokonywania własnych ograniczeń i szukania na to innego sposobu. Tysiąc dni, w ciągu których dochodzą do ciebie kolejne sygnały, że doping jest OK, i to od ludzi, którym ufasz i których podziwiasz

Tuż przed wyścigiem Luis Puig w 1997 roku lekarz drużyny Postal przekazał Hamiltonowi małe, czerwone jajeczko – testosteron. Dwa dni później, podczas wspomnianego wyścigu, Amerykanin czuł się zupełnie inaczej: „ Gdy wjeżdżaliśmy na szczyt, spostrzegłem, że z łatwością mijam kolejnych kolarzy. Nie zrozumcie mnie źle – nie stałem się nagle supermanem. Umierałem na tej górce, dawałem z siebie absolutnie wszystko. Chodzi o to, że inni umarli o wiele szybciej. Testosteron trafił do mojego krwiobiegu, lepiej pompując krew do mięśni, lecząc drobne kontuzje i poprawiając samopoczucie”.

Urlop na hematokryt i dołączenie do bractwa

Głównym tematem rozmów w środowisku kolarskim stał się poziom hematokrytu we krwi (czyli wskaźnik objętości czerwonych krwinek w stosunku do objętości całej krwi). Według  przepisów UCI zawodnik, u którego poziom hematokrytu przekracza 50 procent – co było perfidną oznaką stosowania EPO – nie mógł startować zaledwie przez piętnaście dni. W tamtych czasach nie było jeszcze testu na EPO, a podwyższony wskaźnik czerwonych krwinek nie był uważany za dopingu.

Wyobraźcie sobie następującą sytuację: prowadzicie samochód  po wypiciu ok. trzech piw, zatrzymuje Was policja, kontrola alkomatem wykazuje plus minus 1,5 promila alkoholu w organizmie. Funkcjonariusz mówi wtedy spokojnym, uspokajającym głosem: „ale proszę się nie martwić. Zabieram prawo jazdy na 15 dni, po tym czasie dokument z powrotem trafi do Pana”. 

Prezes UCI, Hein Verbruggen, raczej określiłby to  jako „urlop na hematokryt”.

Z czasem Hamilton wszedł na wyższy poziom w dopingowej hierarchi – EPO. To była niewielka ilość czystego płynu, kilka kropel, małe ukłucie w ramię.

Pedro, nasz lekarz, dał mi kilka fiolek EPO i strzykawek, bym zabrał je do domu. Owinąłem to wszystko w folię i schowałem w lodówce. Zdawaliśmy sobie sprawę, że łamiemy przepisy, ale potrafiliśmy to sobie wytłumaczyć. Znam wielu wspaniałych ludzi, którzy brali. Znam też wielu o wątpliwej etyce, którzy się na to nie zdecydowali. Dla mnie liczyło się tylko to, że przez tysiąc dni byłem oszukiwany i przez ten czas nie pojawił się choćby maleńki znak, że to się zmieni. Zrobiłem więc to co inni, i to o wiele wcześniej ode mnie – dołączyłem do bractwa. 

EPO, salsa, Edgar

Jak się czuje zawodnik po EPO? Nie odczuwa zmęczenia, czuje się zdrowy i silny. Malutkie pastylki motywują nerki do większej pracy, do produkcji większej ilości czerwonych krwinek.

W peletonie zaczęły pojawiać się kawały o EPO, a koksiarze nazywali siebie członkami Klubu Białych Woreczków (EPO było trzymane w malutkich, białych woreczkach rozmiarem przypominając dziecięce torebki na drugie śniadanie). 

W slangu na erytropetynę zaczęto mówić „O.J.”, „salsa (hiszp. sok)”, „witamina E”, „terapia” i „Edgar”. Szczególnie to ostatnie określenie przyjęło się wśród kolarzy, a pochodziło od imion i nazwiska słynnego amerykańskiego pisarza, protoplasty horroru i noweli kryminalistycznej – Edgara Allana Poe. Między zawodnikami można było usłyszeć pogadanki w stylu: Idę pogadać z Edgarem; Stary, dobry kumpel Edgar. Jak zauważył Hamilton, „gdybyście nas wtedy usłyszeli, mielibyście wrażenie, że jakiś Edgar jest członkiem naszej drużyny”.

Debiutancki Tour i szalona Festina

Rok 1997 przyniósł grupie Postal wspaniałe wieści – amerykańska grupa została zaproszona na największy kolarski wyścig świata – Tour de France. W drużynie na Wielką Pętlę znalazł się także Hamilton.

Doping podczas tej trzytygodniowej mordęgi był oczywiście na porządku dziennym. Jeśli przerwałoby się „kurację” EPO na trzy tygodnie, hematokryt zacząłby spadać około 2 punkty procentowe tygodniowo, czyli razem łącznie o sześć. Spadek hematokrytu to automatycznie gigantyczny spadek mocy. Aby to lepiej zobrazować: kolarz, którzy miał ten wskaźnik na poziomie 45-46 procent, z powodzeniem mógł walczyć o czołowe lokaty. W przypadku zawodnika, który miał 39-40 procent istniałoby ryzyko, że nie da rady zmieścić się w limicie czasowym, a co za tym idzie – nie ukończy Touru.

Tamta edycja stała jednak pod znakiem szaleńczego 14. etapu, kiedy to drużyna Festina zaprezentowała mordercze tempo na 240-kilometrowej trasie, najeżonej bardzo stromymi podjazdami z epickim finałem – 21-kilometrowym Col du Glandon. Etap padł łupem reprezentującego tę grupę Francuza, Richarda Virenque’a. Szwajcarska ekipa miała coś ekstra. Podejrzewa się, że tym „super dopalaczem” były perfluorokarbony, czyli syntetyczna krew, która zwiększała poziom tlenu.

Rok później kolarz Festiny Mauro Gianetti trafił na intensywną terapię. Lekarze podejrzewali, że stosował PFC – ten jednak, nawet w obliczu śmierci, konsekwentnie się tego wypierał. Kolarze kłamanie, nawet w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, mieli opanowane do perfekcji. Hamilton:

Pewnego wieczoru ojciec zapytał mnie, czy również jestem zamieszany w doping. Odpowiedziałem mu bez wahania: Tato, jeżeli zdarzy się taka sytuacja, w której będę musiał sięgnąć po doping, by móc konkurować z innymi, zrezygnuję. Myślałem, że okłamanie własnego ojca przyjdzie mi o wiele trudniej…

Tyler TdF 1997 ukończył w siódmej dziesiątce. Niedługo później kolarskim peletonem gruchnęła wiadomość – od sezonu 1998 do grupy US Postal miał dołączyć Lance Armstrong.

Jaki zachowywał się Lance Armstrong, po powrocie do zawodowego sportu? Jak istotnym wyścigiem z perspektywy czasu okazał się być Tour de Luxembourg w 1998 roku? O tym przeczytacie niebawem w części drugiej.

Źródła: Wyścig tajemnic (T. Hamilton, D. Coyle), Yahoo Sport, UCI
Fot. flickr.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: